niedziela, 21 lipca 2013
one day, one hour. one moment.
Jejku, jak mnie tu długo nie było. Ah, te moje podsumowania "znów się trochę zmieniło." Mówiłam, powtarzałam we wnętrzu duszy, jaką na wiosnę przejdę wewnętrzną traumę. Przeszłam. Ukochana osoba, tak bardzo bliska, nie mówiąc ze jestem święta zraniła mnie do żywego. Życie, zdarza się. Jesteśmy dorośli, poważni. Dbamy o siebie. Potrafimy walczyć. Dlatego zawalczyłam, zwyciężyłam. Ta adrenalina, rzucić wszystko na jedną kartę. Godzinę przed pociągiem, dowiedziałam się że jadę. Przyjechałam. Zbudowałam najmocniejszą więź chyba w całym moim dotychczasowym życiu. Poczułam się, jakbym ćpała. Padł mi telefon. Pierwsza myśl: on czeka, a ja nie mam jak zadzwonić, wyjdę i rzucę się na pobliską toaletę aby podłączyć się do ładowania. Mam ukochaną przyjaciółkę, która powiedziała w co jestem ubrana. Podbiegł. Paulina? -Daaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaawid! Przytuliłam. Pierwszy raz od dłuższego czasu poczułam się bezpiecznie. Przytulenie zostało odwzajemnione z wielką siłą. Cała troska o mnie i moją psychikę, wielkie poświęcenie z jego strony, za które dziękuję i dziękować będę. Uwielbiam gubić się z nim w mieście, kocham to gdy siedzimy w zatłoczonym tramwaju, siedzę mu na kolanach, szczerzę się jak głupia i dostaję buziaka w policzek, lubię jak na mnie patrzy, z bacznością obserwuje. To takie inne dla człowieka, a dla takich czynów, chce się żyć. Wszystkie powroty i pożegnania. Skarbie, niedługo widzimy się znów.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz